Ta strona zbiera w jednym miejscu główną oś mojej historii – od pierwszych niepokojących sygnałów, przez diagnozę i leczenie, aż po moment, w którym znowu zacząłem myśleć o normalnym życiu. Nie będzie tu medycznych wykresów ani trudnych słów, raczej konkretne etapy, emocje i to, co działo się „między wizytami” – w głowie i w codzienności.
Piszę o tym, bo sam kiedyś desperacko szukałem czyjejś normalnej, ludzkiej historii – bez lukru, ale też bez straszenia. Jeśli jesteś w trakcie diagnozy, leczenia albo dopiero z niego wychodzisz, może znajdziesz tu kawałek siebie. A jeśli wszystko u Ciebie w porządku – tym lepiej, może dzięki temu lepiej zrozumiesz kogoś bliskiego.
Diagnoza rzadko spada jak grom z jasnego nieba – częściej jest finałem długiego „coś jest nie tak, ale sam nie wiem co”. U mnie były badania, szukanie przyczyny, wątpliwości lekarzy i to dziwne napięcie: chcesz wreszcie wiedzieć, co się dzieje, ale jednocześnie bardzo liczysz na to, że jednak nic poważnego. A potem przychodzi to jedno zdanie, po którym już wiesz, że stare życie właśnie się skończyło.
Najtrudniejsze momenty
Były dni, kiedy największym osiągnięciem było wstanie z łóżka i dotarcie na kanapę. Były takie, kiedy wszystko bolało – ciało, głowa i cierpliwość. Pamiętam szpitalne noce, w których dźwięk wózka na korytarzu wybudzał lepiej niż budzik, oraz poranki, kiedy człowiek bardziej niż wyniku badań bał się spojrzeń lekarzy. I tę specyficzną mieszankę: strach, złość, zmęczenie i poczucie, że życie się dzieje gdzieś obok.
Nie będę udawał bohatera – były momenty, kiedy miałem wszystkiego dość. Ale z perspektywy czasu widzę też, że to właśnie te najgorsze dni nauczyły mnie kilku ważnych rzeczy: proszenia o pomoc, odpuszczania sobie i traktowania humoru jako oficjalnego leku wspomagającego. Bo czasem jedyne, co możesz zrobić, to powiedzieć: „Ok, dziś jestem wyłączony z działania, ale to nie oznacza, że przegrywam całe życie”.
Małe kroki do przodu
Powrót do życia nie wygląda jak filmowy montaż z motywującą muzyką w tle. Bardziej jak lista zadań typu: „dziś przejdę dwie ulice dalej”, „spróbuję wejść po schodach bez przystanku”, „pójdę na kawę z kimś, kto nie zapyta tylko o wyniki badań”. Długo mierzyłem swoje postępy nie w kilometrach czy kilogramach, ale w prostych „pierwszych razach”: pierwszy spacer dalej niż do sklepu, pierwszy dzień bez drzemki w środku dnia, pierwsze wyjście z domu bez planu awaryjnego.
Jeśli dotarłeś lub dotarłaś aż tutaj – dziękuję. Serio. Wiem, że czytanie o chorobie, zwłaszcza w trakcie własnego leczenia, bywa męczące. Mam nadzieję, że ta historia nie tylko pokazała, co u mnie się wydarzyło, ale też dała Ci choć odrobinę spokoju i nadziei, że z czasem da się poukładać życie na nowo – po swojemu
Wybrane wpisy blogowe